top of page

Czy naprawdę potrzebujemy „lex szarlatan”?

24 sie
5 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 1 wrz


Dyskusje nad potrzebą uchwalenia ustawy zwanej potocznie „lex szarlatan” i jej ewentualnego brzmienia trwają już od dłuższego czasu a w dniu 20 sierpnia 2026 r. Prezydent skierował ustawę do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej.


Do kolejnej refleksji nad tą kontrowersyjną  ustawą skłonił mnie nieprawomocny wyrok Sądu Okręgowego w Olsztynie z 13 lipca 2026 r.


Sprawa sama w sobie jest niezwykła. Pokrzywdzony, po rozstaniu z partnerką, znalazł w internecie ofertę dotyczącą „oczyszczania” i „uzdrawiania” relacji międzyludzkich. Nawiązał kontakt z prowadzącym działalność w zakresie m.in. bioenergoterapii i terapii reiki i przez ponad dwa lata przekazywał mu kolejne kwoty za prowadzone zdalnie zabiegi. Łącznie – 309 233,59 zł.


Strony nie zawarły pisemnej umowy. Oskarżony miał natomiast informować pokrzywdzonego o postępach prowadzonych zabiegów, przekonywać go o potrzebie przechodzenia do kolejnych etapów terapii i przedstawiać następne oferty, za które należało dodatkowo zapłacić. Pokrzywdzony dokonywał kolejnych wpłat, wierząc, że podejmowane działania mogą doprowadzić do ponownego nawiązania relacji z byłą partnerką.


Sąd uznał takie zachowanie za oszustwo. Wymierzył oskarżonemu rok pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem wykonania kary na trzy lata, zobowiązał go do naprawienia szkody poprzez zapłatę całej kwoty 309 233,59 zł wraz z ustawowymi odsetkami, a dodatkowo orzekł czteroletni zakaz prowadzenia działalności w zakresie bioenergoterapii i terapii reiki.


Sprawa jest interesująca w kontekście trwającej właśnie dyskusji nad wspomniana ustawą, choć od razu trzeba poczynić istotne zastrzeżenie: zachowanie osądzone przez Sąd Okręgowy w Olsztynie najprawdopodobniej nie mieściłoby się w zakresie projektowanej definicji praktyki pseudomedycznej. Pokazuje jednak, że praktyki polegające na mechanizmach, które w swej idei miałby „lex szarlatan” zwalczać można skutecznie ścigać bez wprowadzania nowych bardzo kontrowersyjnych i daleko idących regulacji.


Nie jest prawdą, że obecnie osoba wykorzystująca pseudonaukowe lub pseudomedyczne twierdzenia do finansowego wykorzystywania klientów funkcjonuje w prawnej próżni.


Art. 286 § 1 k.k. penalizuje doprowadzenie innej osoby, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, do niekorzystnego rozporządzenia mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd, wyzyskania błędu albo niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania.


Dokładnie ten mechanizm dostrzegł Sąd Okręgowy w Olsztynie.


Co szczególnie ważne, Sąd nie uznał za przestępstwo samego zajmowania się bioenergoterapią. Wyraźnie oddzielił legalność prowadzenia tego rodzaju działalności od sposobu jej wykonywania. O odpowiedzialności przesądziło według Sądu stworzenie i podtrzymywanie u pokrzywdzonego błędnego przekonania, że kolejne zabiegi prowadzą do deklarowanych efektów, przedstawianie mu nierzetelnych informacji o rzekomych „postępach” i wykorzystywanie tego przekonania do skłaniania go do następnych, coraz większych wpłat.


Jest to rozróżnienie bardzo istotne również z punktu widzenia zasady proporcjonalności ingerencji państwa.


Prawo nie musi bowiem rozstrzygać, czy obywatel może wierzyć w reiki, bioenergoterapię, astrologię albo inne koncepcje nieweryfikowalne naukowo. Może natomiast reagować wtedy, gdy jedna osoba wykorzystuje takie przekonania drugiej osoby do jej świadomego finansowego wykorzystania.


Co więcej, łatwowierność pokrzywdzonego nie stanowi przeszkody do przypisania sprawcy oszustwa. W sprawie olsztyńskiej Sąd jednoznacznie zaakcentował, że naiwność, brak krytycyzmu czy podatność na wpływ nie pozbawiają człowieka ochrony prawnej.


To ważne, bo jednym z argumentów przemawiających za „lex szarlatan” jest szczególna podatność osób znajdujących się w trudnym położeniu życiowym na manipulację. Przykład z Olsztyna pokazuje, że mechanizm ten jest dostrzegany przez prawo karne.


„Lex szarlatan” ma zapewnić przede wszystkim administracyjną i prewencyjną reakcję państwa, zanim konsekwencją praktyki stanie się poważna szkoda zdrowotna albo wieloletnie postępowanie karne.


Ustawa wprowadza pojęcie „praktyki pseudomedycznej” i zakazuje jej stosowania. Obejmować ma ona m.in. odpłatne lub podejmowane dla osiągnięcia innej korzyści oferowanie albo stosowanie metody diagnostycznej lub leczniczej, która nie jest świadczeniem zdrowotnym, jeżeli klient jest wprowadzany w błąd, że posiada ona właściwości świadczenia zdrowotnego w zakresie diagnostyki lub leczenia małoletnich, chorób onkologicznych, ciężkich chorób nieuleczalnych albo zaburzeń psychicznych. Regulacja obejmuje również określone przypadki udzielania świadczeń zdrowotnych przez osoby niewykonujące zawodu medycznego oraz prowadzenia działalności leczniczej bez wymaganego wpisu do rejestru.


Rzecznik Praw Pacjenta będzie mógł uznać określone działanie za praktykę pseudomedyczną, nakazać jej zaniechanie i usunięcie skutków, a decyzji nadać rygor natychmiastowej wykonalności.


To zasadniczo inny model ochrony niż odpowiedzialność za oszustwo.


Problem polega jednak na tym, że im szybszy i bardziej dolegliwy instrument otrzymuje administracja, tym większe znaczenie powinny mieć precyzja przepisów i gwarancje proceduralne. A uprawnienia przyznawane Rzecznikowi Praw Pacjenta są niezwykle daleko idące.


W przypadku uznania działania za praktykę pseudomedyczną Rzecznik będzie mógł nakazać jej zaniechanie, a decyzja będzie podlegała natychmiastowemu wykonaniu. Przewidziano również możliwość publikowania decyzji oraz kary pieniężne sięgające 1 mln zł.


Nowelizacja wykracza ponadto poza samo zwalczanie pseudomedycyny. Wprowadza również kategorię „dezinformacji medycznej”, obejmującą określone publiczne rozpowszechnianie lub promowanie, w celu osiągnięcia korzyści, nieprawdziwych informacji dotyczących metod diagnostycznych i leczniczych. Rzecznik ma prowadzić jawny rejestr podmiotów prowadzących dezinformację medyczną, a przepisy przewidują również mechanizm przekierowywania połączeń do określonych domen internetowych na stronę zawierającą ostrzeżenie Rzecznika.


To już nie jest wyłącznie odpowiednik art. 286 k.k. dostosowany do świata pseudomedycyny.


To stworzenie nowego, szerokiego systemu administracyjnego nadzoru nad częścią rynku zdrowotnego i komunikacji dotyczącej zdrowia.


W toku prac legislacyjnych poważne zastrzeżenia zgłaszały również organizacje reprezentujące legalnie działających świadczeniodawców.


Konfederacja Lewiatan wskazywała między innymi, że projekt nie ogranicza się do działalności pseudomedycznej, lecz tworzy w praktyce nowego regulatora rynku medycznego, zwiększa poziom sankcji i obejmuje nowymi instrumentami także legalne podmioty lecznicze. Organizacja nie kwestionowała potrzeby przeciwdziałania pseudomedycynie, lecz postulowała bardziej precyzyjne i proporcjonalne skoncentrowanie regulacji na rzeczywistych nadużyciach.


Wyrok Sądu Okręgowego w Olsztynie pokazuje przede wszystkim, że twierdzenie, iż polskie państwo jest wobec szarlatanerii bezradne, byłoby przesadą.


Jeżeli bowiem pod przykrywką bioenergoterapii, terapii energetycznej czy innej nieweryfikowalnej metody dochodzi do świadomego wprowadzania człowieka w błąd i wyłudzania od niego pieniędzy, prawo karne pozwala na reakcję. I to reakcję bardzo poważną.


W sprawie olsztyńskiej Sąd nie tylko wymierzył karę pozbawienia wolności z warunkowym zawieszeniem jej wykonania, ale zobowiązał oskarżonego do zwrotu całych 309 233,59 zł z odsetkami i orzekł czteroletni zakaz prowadzenia działalności w zakresie bioenergoterapii i reiki.


Oczywistym jest, że państwo powinno chronić ludzi przed pseudomedycznymi oszustami ale czy do osiągnięcia tego celu konieczne jest stworzenie tak rozbudowanego systemu administracyjnego, wyposażonego w bardzo daleko idące kompetencje i sankcje, czy też należałoby przede wszystkim usprawnić stosowanie już istniejących instrumentów i uzupełnić je jedynie tam, gdzie rzeczywiście występuje luka?


Prawo nie powinno zastępować ludziom krytycznego myślenia. Powinno natomiast chronić ich przed oszustwem, manipulacją i konkretnym zagrożeniem dla zdrowia lub życia.


Nie potrzeba przepisu stwierdzającego, że reiki albo bioenergoterapia są zakazane. Wystarczy ustalenie, że sprawca świadomie stworzył błędne wyobrażenie o skuteczności swoich działań, podtrzymywał je w celu uzyskania kolejnych pieniędzy i doprowadził pokrzywdzonego do niekorzystnego rozporządzenia mieniem.


To być może najważniejsza lekcja płynąca z tej sprawy.


Im bardziej państwo próbuje tworzyć osobne regulacje dla każdej patologii społecznej, tym większe jest ryzyko, że zamiast precyzyjnego narzędzia otrzymamy kolejny szeroki system administracyjnych zakazów i sankcji.


Prawo już dziś potrafi reagować na pseudomedyczne oszustwo. Jeżeli potrzebujemy nowych instrumentów, to powinny one wypełniać konkretne luki, a nie dublować istniejące mechanizmy kosztem nadmiernego rozszerzenia kompetencji administracji.



bottom of page